piątek, 27 listopada 2009

Szpital w upadłości

Że się rozchorowałem, to i absurdy drogowe, i kulinaria będą związane z leczeniem.

O sytuacji gorzowskiego szpitala słyszał już chyba każdy w województwie, i niejeden człowiek w Polsce. Pisały o tym dzienniki, mówiono w radiu i telewizji, ale widać niektórym to było za mało. Widać ktoś stwierdził, że... znaki drogowe też muszą odzwierciedlać stan upadłości szpitala, więc i symbolizujący to znak musi być „upadający”.

Trzeba dodać, że po upadłości i zamknięciu oddziału na Warszawskiej, znak też „upadł” i zniknął, niestety nie dane mi było obserwować „upadku” znaku.

Gorzów Wielkopolski, ul. Warszawska, okolice "czerwonego kościółka" - widok w kierunku ronda Santockiego

niedziela, 22 listopada 2009

Szlakiem księżycowych jezior

Podobno po zbombardowaniu księżyca, NASA odkryła wodę na księżycu. Amerykańscy satyrycy już nabijają się, że USA jak zwykle najpierw bombarduje, a dopiero później szuka dowodów, ale coż, taka ich specyfika myślenia. Że trochę dziwna, to postanowiłem osobiście sprawdzić tą informację i odwiedzić moje księżycowe okolice, robiąc sobie trasę wokół 5 księżycowych jezior.
Obolały po dwóch seansach filmowych przeglądu filmów rosyjskich, spędzonych na zaimprowizowanych siedzikach sali multimedialnej gorzowskiego mosartu (właściwa sala 60 krzeseł akurat była w remoncie), dosyć późno wstaję i wyruszam w „kosmiczną” podróż.
Droga jak zwykle kręta, nie tylko z powodu objazdu do Kłodawy, ale i kiepskiego oznakowania i słabej znajomości terenu Puszczy Barlinecko-Gorzowskiej. Trochę pobłądziłem, pobłądziłem, ale w końcu mój pojazd dowióżł mnie tam, gdzie miał dowieźć, czyli do Lip. Lekkie cofnięcie się na zrobienie zdjęć ładnego domku (myśliwskiego), i złamanego drzewa wiszącego nad jeziorem.
A potem  już idziemy na piechotę. Początkowo aslfaltem wzdłuż drogi do Strzelec, następnie odbijam na leśną drogę do Dankowa. A tam... Wszystko wyglądało tak, jakby jesień przygotowywała się do ustąpienia miejsca Królowej Śniegu. Chodź na drzewach liście, wszystkie już dawno brązowe, gotowe opaść na myśl o pierwszych przymrozkach czy wiatrach.

Nawet niektóre iglaki już gubią swe igły... Gdzieniegdzie jeszcze tylko rachityczne wrzosy resztką nadziei wypatrują ciepłego słońca, świadome jednak swojego bliskiego końca.
No, ale cóż, jesień czy zima, idziemy przed siebie. Na czuja, na czuja, trochę na chybił trafił byle kierunek dobry, dochodzimy do pierwszego księżycowego jeziora. I jakoś dochodzimy do pierwszego jeziora, a właściwie stawu. Tabliczka „Użytek ekologiczny” z daleka widoczna, choć nie doprecyzowano, co z tego wynika, maleństwo takie ciupcie, że w 10 minut można by je okrążyć bez nadmiernego pośpiechu, ale kategorycznie dowody są: WODA W KSIĘŻYCOWEJ OKOLICY JEST. Ale idziemy dalej.
Górą wąwozu, malowniczym łukiem przechodzimy na jezioro o jakże mało oryginalnej nazwie – Mokre. Jezioro to jest strasznie zarośnięte, prawie w ogóle nie widać go zza trzcin, za to gdy przechodzi ono w króciutką rzeczkę prowadzącą do J. Chłopek, to jego ujście tworzy przepiękne mokradła.

Ale idziemy dalej na północ, do kolejnego, nie nazwanego jeziora. Właściwie, ciężko już nazwać je jeziorem, raczej przepływowy staw hodowlany, poprzecinany groblami. Na jednej z nich – albo ślady nocnej tragedii jednego z łabędzi, albo efekt pozbywania się letnich piórek, o ile łabędzie zmieniają swe opierzenie na zimę. Generalnie, łabędzie szybko uciekły na mój widok, na ziemi jednak od groma piór. I to jeziorko obchodzę, po czym próbuję już wracać.
Niestety, wokół Jeziora Zarośniętego nie widać nic, co miałoby sugerować że jest przejście, więc mimo iż mapa mówi nie, próbuję przejść między Jeziorem Mokrym a Chłopkiem. Trzeba przyznać, że nazwa Jeziora Zarośniętego nie jest przypadkowa, widać, że to już całkiem zaawansowane stadium zarastania jeziora. Trasa coraz bardziej dzika i urocza, niestety, widoczny z daleka wąwóz wspomnianej rzeczki między jeziorami Mokrym i Chłopkiem nie daje złudzeń. Wracać trzeba. Jeszcze raz dokładnie oglądam mapę, jeszcze raz rozpoznanie terenu i... okazuje się, że kształtem nienazwanego jeziora nie ma co w ogóle się sugerować, widać ingerencja człowieka musiała je znacząco odmienić. Więc pozostaje szukać oznaczonej rzeczki, i trzeba przyznać, że jest i ona, i droga tuż obok niej. Jednak i jedno, i drugie tak zarośnięte, że już wiem, czemu ich nie zauważyłem.
Tak więc teraz obchodzę jezioro Zarośnięte i Chłopek z drugiej strony, dojście do asfaltu, krótki popas przy pięknym, powyginanym drzewie i przemoczonych kanapach (które zapewne są strasznie wygodne latem, jednak teraz, całe pełne gąbki nasączonej wodą, nie zachęcają do siadania). Jeszcze kawałek asfaltem, i udaje się złapac stopa. Niby blisko, ale to żadna przyjemność iść asfaltem, i to drugi raz tego samego dnia na tym samym odcinku. Co prawda w planie było obejście Jeziora Chłop Duży, ale że już się późno robiło, a w szczególności że chciałem zdążyć na kolejny film przeglądu kina rosyjskiego, to trzeba było sobie odpuścić.
A z Lip już samochodem do Lubociesza, przez Łośno. Wioska swą budową przypomina zwykła ulicówkę z jedną różnicą. Tutaj ma się wrażenie, że ktoś jasno i wyrażnie powiedział, gdzie ma być początek i koniec wioski (być może wynika to z otoczenia jej lasem). I że każdy chciał mieszkać przy drodze. Więc postanowiono zrobić jak najdłuższą drogę między początkiem i końcem wioski, pełną licznych zakrętów.
A potem... to już powrót przez Kłodawę i Wojcieszyce (wszak mówiłem, że jest objazd) powrót do domu.

czwartek, 19 listopada 2009

Absurdy drogowe - płatny postój taksówek


Zarówno do lasu trzeba czasem podjechać, jak i codzienne dojazdy do pracy to dla mnie 100km. Więc trochę absurdów na drodze się spotyka, i chciałbym się nimi dziś podzielić. Na początek zdjęcie postoju taksówek. O tyle specyficzny, że jak wynika ze znaków, jest to postój PŁATNY ;)

Gorzów Wielkopolski, skrzyżowanie ul. Spichrzowej i Zaułek

środa, 18 listopada 2009

Jarzębinówka

Usiądź razem ze mną, spróbuj mego wina
Z czereśni, wiśni, resztek lata
Choć jesień się zaczyna.
Tyle tej jesieni jeszcze jest przed nami.
Zdążysz wrócić do domu
Nim noc zawita nad drogami, hej


Zgodnie z obietnicą, kolejny przepis na wykorzystanie rzadko już używanych darów natury. Jarzębinę jeszcze często używają dzieci do robienia korali, mało kto jednak zna jej smak. A przecież można z niej zrobić zarówno dżem (nie próbowałem), jak i nalewkę.
Jarzębina jest zwodniczym drzewem do zbierania. W tym roku już we wrześniu kuleczki na niej zrobiły się czerwone, a liście zaczynały usychać, dlatego myślałem, że trzeba szybko, szybko ją zbierać i zalewać, bo zaraz się skończy. Jednak mimo iż wcześnie gubi liście, ze zbiorem owoców można spokojnie czekać, a zapewne smak będzie lepszy. Generalnie, jeszcze teraz na drzewach widać czerwone kępy „korali”, jedynie lekko przerzedzone przez ptaki. Nasi pradziadkowie starali się wręcz czekać do pierwszych przymrozków aby pozbyć się goryczy i szkodliwego kwasu, w obecnych czasach ten sam efekt można osiągnąć poprzez 12 godzinne przetrzymanie jej w zamrażarce.
Co do sposobów wykonania – przepisów jest wiele, jedne oparte na cukrze, inne na miodzie. Jedne każą zalewać świeże (jedynie zmrożone) owoce, inne – najpierw je opiec w piekarniku, jeszcze inne z kolei każą stosować owoce wysuszone. Ja na razie próbowałem tylko jeden, a na jego efekty przyjdzie mi czekać jeszcze prawie pół roku.

Składniki:
30 dag owoców jarzębiny (0,4-0,5litra),
0,5 l spirytusu
0,5l wody
1 szklanka płynnego miodu

Na początek oczywiście jarzębinę oczyszczamy – czyli zostawiamy same „kuleczki”, a i to przebrane z jakichś bladych jeszcze czy już czerniejących. Pozbywamy się wszelkich gałązek, które trzymają kuleczki razem, choć oczywiście jak umknie nam jedna czy druga gałązka nic się nie stanie. To zalewamy spirytusem i miodem, choć nie jestem pewien, czy całą szklanką (pierwsza nalewka po pierwszym etapie jest trochę zbyt słodka, ale może być to wina zarówno wczesnego zbierania owoców, jak i tego, że jeszcze trochę musi się przegryźć). Tak przygotowaną miksturę zostawiamy na 2 miesiące.
Po tym czasie, zlewamy cały nalew do oddzielnego pojemnika. Następnie bierzemy się za wyciskanie tego, co uchowało się w owocach, i wbrew pozorom, jest to objętościowo drugie tyle, co sam nalew, więc warto się postarać. Po kilku próbach za najskuteczniejszą metodę uważam roztarcie jagód jarzębiny na sitku tak, aby mieć pewność, że każda kuleczka pękła, ale bez wyżywania się na nich (sitko trochę się odkształca), a następnie wyciśnięcie takiego „przecieru” przez gazę. Oczywiście, zarówno sam nalew jak i cały płyn wyciśnięty z owoców mieszamy razem.
Oryginalny przepis niestety nie podaje kiedy dolać wodę, żeby całość nie okazała się zbyt silna, więc ja ją dodałem dopiero na tym etapie. Całość odstawiamy na 24 godziny.
Po całym dniu, całość filtrujemy przez gazę (kolega wspominał też o wacie, niestety, tą by trzeba wymieniać co każde 50-100ml) i rozlewamy do butelek. Teraz jeszcze je ładnie zamknąć, wynieść do piwnicy i … czekać kolejne 4-5 miesięcy.
Oprócz właściwości smakowych i kolorystycznych (gdyż czerwona jarzębina już w pierwszych dniach zabarwia spirytus na piękny, pomarańczowy kolor), ma też właściwości zdrowotne i pomaga na długotrwałe problemy trawienne, dróg moczowych, stany zapalne żył kończyn dolnych, hemoroidy i wzmacnia serce.

sobota, 14 listopada 2009

Mglisty dzionek

Na podgorzowskie rozlewiska Warty wybierałem się od dawna, jednak bez porządnej mapy zawsze się bałem – żeby z jednej strony nie zbładzić, z drugiej jednak nie szwendać się cały czas przez zaludnione obszary. Jednak dzięki doskonałemu zaopatrzeniu w mapy księgarni Daniel, wreszcie odwiedziłem i te okolice.

Więc samochodem do Lubczyna. Zewsząd – szaro, smutno, wszędzie mgła. Mimo iż to dopiero wczesny listopad, drzewa już wszystkie ogołocone z zieleni, a na horyzoncie miejscami jedynie majaczą mizerne resztki jesieni – złociste brzozy. Zielonym rowerowym, przez ludzkie osady, pomiędzy porozrzucanymi pojedynczo domami wśród pól, zewsząd poganiany przez ujadanie psów. I nie byłoby w nim nic niezwykłego, ot, jak to psy, w każdej wiosce ujadają – jednak gdy widzi się dużego psa za płotkiem z rozlatujących się sztachet nie wyższych niż on sam, świadomość, że jedynym ratunkiem jest łańcuch krowiak, do którego uwiązany jest pies (i nie wiadomo, czy łańcuch ten nie jest w stanie podobnym jak sztachety)... no coż, jednak chociaż łańcuchy okazały się porządne.
I tak to docieram do wału przeciwpowodziowego. Szybkie spojrzenie na smętną dziś Wartę – i dalej, wydeptaną ścieżką niebieskiego szlaku rowerowego między wysokimi jak chaszczami zdziczałych traw. Po prawej – stare, malownicze wiejskie ruderki, niektóre widoczne z daleka, inne – głęboko schowane, za drzewami, dające się zobaczyć tylko w okresie zimowym, gdy liści brak.
Po lewej – stare, powykręcane wierzby, które nie pamiętają nawet, w którą stronę pierwotnie rosły. Inne - już dawno puste w środku, takie, w których zmieściłby się człowiek. Specyficzne to drzewo, które tworzy pień – a dopiero jakby z niego zaczyna rosnąć pierwotnie, tworząc liczne kępy młodych, pionowych pędów. Jakby kto na starym pniu nowe drzewa nasadzał. Być może tylko dzięki temu potrafią przeżyć w tak skrajnych warunkach – częste podtopienia i powodzie wczesno-wiosenne, ale także palące letnie słońce. Wiosną, gdy te wierzby się zazielenią, musi być tu pięknie. Jednak dziś pozostaje wypatrywać kolorowych plam wiejskich ruderek.
Na wysokości Roszkowic – wot, ciekawostka. Jakby „rolniczy plac zabaw”. Stare, rolnicze narzędzia, które w niejednej wiosce można odnaleźć przed domami porzucone, przerdzewiałe, tutaj – możemy odnaleźć pięknie odmalowane, odnowione i zakonserwowane. A wszystko w pstrokatych kolorach, aby stanowiło większą ozdobę domu.
I jakże odmienne postawy ludzi można napotkać. Jeden – widząc osobę robiącą zdjęcie, z daleka wychodzi przed dom, na miedzę, żeby pogadać, poopowiadać, podziwić się, czemu wszyscy tak przed jego domem stają i fotografują. Inny – czający się po krzakach, jak próbujący cię zajść zbój jakiś, nie reagujący nawet na przyjazne „Dzień dobry”, a potem idący za tobą przez długi czas, i nawet gdy stanąłem zawiązać buta czy zrobić zdjęcie – on też stanął, żeby tylko nie iść z przodu.
I tak to dochodzimy do Gostkowic, gdzie na porzuconym przystanku odpoczywam chwilę. Jakże zaskakuje nagły wybuch jesieni – jedno miejsce, gdzie nagle więcej tych bajecznych kolorów widać, choć i tak przeważa ponura mgła.
A stąd już skręcam, nie podążam żółtym szlakiem wzdłuż szlaku, lecz wiernie niebieskim. Do Krzyszczyny, gdzie przekraczam kanalik zwany Kołomętem. I nasuwa się pytanie – czy nazwa pochodzi od jego kształtu, czy od mętnej wody, bo jakoś nieszczególnie przejrzyście ona wygląda, choć może to tylko wina pory roku?
A dalej do Kwiatkowic, wioski wbrew swej nazwie szarej jak każde inne, wzdłuż kanału i powrót do Lubczyna. I to właśnie przed samym Lubczynem, a nie w Kwiatkowicach, dają się spotkać rachityczne już malwy, które cudem chyba przetrwały pierwsze przymrozki.