(Marzęcin), bo tak niektóre mapy zaznaczają lokalizację tej wsi, której próżno by szukać na googlach czy nawet w terenie. Młyn, którego nie ma, domy bez ścian i fundamentów... jedynie mgliste wspomnienie przeszłości. Tak, to ten sam Marzęcin, o którym tak pięknie opowiadał pan Czesław Rzepicki ze Ściechowa. Długo szukałem tej wioski w sieci, na mapie też nie wiedziałem co znaczą nawiasy wokół nazwy miejscowości, a dopiero gdy tu przyjechałem, zrozumiałem, że to właśnie to miejsce dawnych walk.
Ale po kolei, czyli jak zwykle zaczynamy od samochodu. Do Kłodawki i na Mironice dojechać prosto, potem zaczyna się błądzenie. Zjazd z głównej drogi na szczęście w wiosce jest tylko jeden, więc ciężko go pomylić. Mimo wszystko, warto "pobłądzić" i przejechać, aby przejechać przez zakręty w wiosce, a póżniej jeszcze kawałek równie kręta drogą przejechać przez wąwóz. A potem zastanowić się, jak bezpiecznie zawrócić pomiędzy kolejnymi zakrętami ;)
Jakoś udaje się zawrócić do wioski i skręcić we właściwą drogę, i zbliżam się do rybackiego campingu-łowiska.Tu uwaga, kilka metrów dalej jakaś paskudna nierówność sprawia, że głuchym stuknięciem kończy się uderzenie bliżej nieustaloną częścią podwozia w wystającą brukową kostkę – na szczęście poza jękiem, samochód nie wykazuje żadnych złych objawów. Kilka kilometrów na czuja, szukam miejsca do zaparkowania – na szczęście, akurat trafiłem, bo o tabliczce na Marzęcin trzeba wcześniej wiedzieć, żeby ją zauważyć. Jeśli dojechaliście do skrzyżowania dwóch dróg ubitych, to znaczy że pora popracować nad czuciem odległości w samochodzie, albo uważniej pilnować licznik. I wrócić się kawałek. Jeśli jednak udało wam się trafić, to pora dać odpocząć samochodowi, a samemu stanąć na nogach.
Szeroką drogą idę do wioski. No właśnie, ciągle mówię o wiosce, a tu nigdzie domów nie widać. Owszem, drzewko bzu sugeruje, że na ziemi tej mieszkali ludzie, ale gdzie domy? Kawałek dalej pamiątkowa kamienna tablica. Obok już bardziej współczesna w wyglądzie (choć chyba wcale nie młodsza), drewniana tablica, której przekaz najlepiej podsumowuje leżąca na niej... krowia czaszka. Na tablicy informacja tablica, że w tym miejscu stała wieś, która została spalona w 1945r. przez Sowietów. Resztki domów zostały rozebrane bodajże 40 lat później. A więc to ciągłe poczucie, że ktoś ciągle obserwuje... czyżby to duchy mieszkańców tej wsi?
Szeroką drogą idę do wioski. No właśnie, ciągle mówię o wiosce, a tu nigdzie domów nie widać. Owszem, drzewko bzu sugeruje, że na ziemi tej mieszkali ludzie, ale gdzie domy? Kawałek dalej pamiątkowa kamienna tablica. Obok już bardziej współczesna w wyglądzie (choć chyba wcale nie młodsza), drewniana tablica, której przekaz najlepiej podsumowuje leżąca na niej... krowia czaszka. Na tablicy informacja tablica, że w tym miejscu stała wieś, która została spalona w 1945r. przez Sowietów. Resztki domów zostały rozebrane bodajże 40 lat później. A więc to ciągłe poczucie, że ktoś ciągle obserwuje... czyżby to duchy mieszkańców tej wsi?
Tuż obok kierunkowskazy – do młyna, na cmentarz... mnie zainteresował młyn, zwłaszcza że akurat kierunek zgodny z obranym. Niestety, z młyna nie zostało absolutnie nic, jezioro spiętrzane jest przez typową zaporę na rzece. Co gorsza, chmury zaczynają sugerować, że trochę ciąży im ta woda, i chętnie by jej się trochę pozbyły. Na szczęście, nie są w tej kwestii zbyt konsekwentne, inaczej szybko wróciłbym do samochodu. Tak więc żółtym szlakiem konnym/zielonym szlakiem pieszym zaczynam obchodzić jezioro Kabatki Duże. Droga pięknie wżyna się wąwozem w pobliskie wzgórze, aby tam podstępnie szlaki się rozdzieliły. Nieuważny turysta zapewne pogodni do przodu zielonym szlakiem, jednak dzięki mapie udaje się wypatrzyć czarny szlak rowerowy (z żółtym konnym). Droga ciągnie się wśród takiego prawdziwego lasu, wśród porozrzucanych drzew, w poprzek licznych pagórków. To taka, która nie zachwyca żadnym ciekawym krajobrazem, ale za to bardzo miło się taką idzie. Nie powiem wam, na czym to polega, o tym trzeba się przekonać samemu.

Skoro przestało padać, to można jeszcze na cmentarz. Kawałek drogi, potem za zwalonymi drzewami zasłaniającymi tabliczkę daje się zauważyć ścieżkę w bok. Potem... już tak nie do końca wiadomo jak, dróżka wygląda jak sarnia. Ale biały dywan konwalii mówi, że już blisko. Nie wiem czemu, ale stary, porzucony cmentarz wydaje mi się najbardziej odpowiednim miejscem na szukanie konwalii. Czy dlatego, że doskonale rosną w zacienionych miejscach? Czy dlatego, że choć piękne, pełne są zabójczych toksyn? Czemu w średniowieczu uznawano je za symbol zbawienia?
Większość nagrobków była zniszczona , najstarsze zrównały się prawie z poszyciem leśnym .Tam, gdzie płyty nagrobne były jeszcze w dobrym stanie ,Zosia odczytywała imiona , nazwiska i daty .
- Panie Edwardzie, tutaj leży przewrócony krzyż, cały porośnięty mchem. A tu są groby małych dzieci, proszę zobaczyć. Wkoło dużo, dużo konwalii. Przykucnęła, czyściła ręką zasypane liśćmi i igliwiem płyty
- Ta dziewczynka miała trzy latka. Ten chłopiec pięć. A tutaj leży rodzeństwo, które zmarło w tym samym dniu. Dziewczynka - cztery latka, a braciszek osiem. Musiało coś się stać! Pewnie jakieś nieszczęście. Jeszcze przez chwile postała przy grobach małych dzieci i poszła dalej. Zatrzymała się przy leżącej płycie, którą z trudem postawiła i oparła o drzewo. Z uwaga czytała wyraz po wyrazie.”
Zdzisław Kulawinek, Tam gdzie rosną konwalie - trochę dłuższy, bardzo ciekawy fragment znajdziesz tutaj
Wracając, jeszcze trzeba się pożegnać z milczącymi obserwatorami, duchami byłych mieszkańców, którzy pilnują tego terenu, no i z krowią czaszką. W spokoju i zadumie można wrócić do domu, aby poszukać w sieci jeszcze trochę o symbolice cmentarnych kwiatów.

PS. Konwalie pod koniec sierpnia? Oczywiście, że to nie tak – wycieczka do zapomnianego miejsca zapodziała się gdzieś na dwa tygodnie w mrokach pamięci, a w międzyczasie słońce tak się rozochociło, że nie pasowało mi pasować o deszczowym dniu i miejscu tak pełnym zadumy. Więc pozostało poczekać, aż trafi się jakiś deszczowy dzień (a dla większości Polski, to nawet tydzień silnych deszczów).